Rano odwiozłam Szymona rowerem do autobusu, zajechałam do lasu na poziomki i do ogrodu na truskawki.
Poranna "bomba kaloryczna" z truskawek, cukru i śmietany pobudziła mnie do działania.
Dziś wypróbuję maszynę, która w sobotę wróciła do mnie z naprawy.
Podłożyłam spodenki Szymona, ale nie miałam dość.... co by tu uszyć! Na urodziny przywędrował do mnie zielony materiał w kratkę, wymierzyłam, rozcięłam, podłożyłam jeszcze coś mi brakuje.
Wygrzebałam falbankę, którą kiedyś przywiozłam z domu rodziców.
I powstała firanka -lamperkin (nie wiem jak to fachowo nazwać) narazie powieszę ją w oknie u dzieci.
Na pewno wiele błędów i krzywo, ale taką satysfakcję mi dało to szycie, że nie wiem jak to wyrazić słowami.
Jutro będzie wisiała w oknie mojego domku.
nie ważne, że krzywo, prosto, równo, ważne ze sama to wielka satysfakcja, a kolczyki w poprzednim poście fajniutkie dobrze, że na każdy dzień tygodnia, pozdrowionka:)
OdpowiedzUsuńoch:))) jak ja bym pojadła poziomek:))...im częściej będziesz szyła tym piekniej będzie wszystko wychodzić:)))
OdpowiedzUsuńA ja z niego szyłam bluzeczki dla córki jak była mała. Śliczna firaneczka :) Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuń