Szkoda, że nie ma żadnej górki blisko. Wokoło teren jest bardzo równy, ale dzieciaki znalazły sposób, żeby pozjeżdżać. Będąc dzieckiem mieszkałam na osiedlu gdzie tuż przy bloku był teren po dawnej strzelnicy wojskowej. Tam to była frajda, były niższe i wyższe górki. Pamiętam, że bałam się zjeżdżać z najwyższej, bo była dość stroma, ale lęk przełamywałam zaraz po pierwszym zjeździe. Po każdym następnym chciało się jeszcze. Trudność sprawiała wspinaczka na szczyt tej górki z sankami. Ten kto wszedł na górę łączył kilka sanek i wciągał tych, którzy wspinali się na górę. Muszę zabrać swoje dzieci w to miejsce!
Pewnego dnia teściowa wystawiła przed dom wiaderko z wodą. Zaraz zleciło się do niego kilka sikorek, bo na rancie tego wiaderka było troszkę tłuszczu. Jak wyczuły owy smakołyk zaraz zleciały się. Dwie sikorki wpadły do wody, była to tłusta woda i posklejały się im piórka. Wydostały się z wiaderka, ale nie dały rady polecieć. Skakały po śniegu.
Mąż złapał je i włożył do kuwety po kotach. Wysypaliśmy troszkę trocin żeby mogły się powycierać, dostały słoninkę i troszkę wody. Były troszkę przerażone, ale szkoda nam było zostawić je aby zamarzły. Po nocy spędzonej przy piecu troszkę wyschły.